filmowy drogowskaz

Spośród najnowszych superprodukcji legnickiego Ratusza zainteresował mnie szczególnie jeden filmik.

Oto on:

Padło w prezentacji takie stwierdzenie:

Legniczanie i samorząd wiedzą, jakiej chcą Legnicy:
- nowoczesnej
- bezpiecznej
- zamożnej
- młodej i dynamicznej.

Niech więc będzie ono, choćby wbrew intencji autorów prezentacji, przedwyborczym drogowskazem legniczan “ambitnych, prężnych i aktywnych”.
Moim na pewno będzie - jak się bowiem ma do tej całkiem sensownej wizji Legnicy przyszłości, Legnickie Towarzystwo Lotnicze, czy próby pozbycia się MPK jako główne tematy czteroletniej kadencji Rady Miejskiej, każdy wie.

Łapacz rdzy

Opublikowała niedawno legnicka telewizornia taką fotografię:


Autorem jej, wedle popisu, Aleksander Fedorowicz, przedmiotem zaś “Łapacz wiatru”.

Tyle do powiedzenia o postumencie (nawiasem mówiąc, urodą nie przewyższającym fontanny zabranej z Rynku) ma do powiedzenia Ratusz w oficjalnej depeszy:

Uczestnicy Turnieju Kowali odsłonili w pobliżu „Wenecji” wykutą w surowym żelazie rzeźbę „Łapacz Wiatru” i towarzyszącą jej tablicę pamiątkową. Rzeźba to symbol ochrony i opieki nad parkiem.

Pragnę subtelnie zakomunikować magistrackim pijarowcom, iż okazała rdza na tym, mimo wszystko, nowym żelastwie, nie jest zbyt dobrym “symbolem ochrony i opieki”.

I tyle ode mnie. Choć pewnie znaleźliby się i tacy, którzy rzekliby: “jaka ochrona, taki symbol”.

Oby się mylili.
A najlepiej - oby więcej nie było “okazji” ku przekonaniu się, czy się mylili.

Rozszumiała się wierzba płacząca (przed wyborami)

Było to w przedwyborczą kanikułę roku 2010.

W związku z naruszeniem dóbr osobistych radnego Adama Wierzbickiego, wypowiedzią Prezesa SAG Zbigniewa Czechowskiego w obecności uczestników konferencji, która odbyła się 24 czerwca 2010 r. w Hotelu Qubus, Rada Miejska Legnicy potępia naganne zachowanie Prezesa SAG wobec funkcjonariusza publicznego i żąda naprawienia moralnych szkód wyrządzonych radnemu

- rzekła kolektywnie w oficjalnym, przyklepanym uchwałą stanowisku, prawicowa większość legnickich radnych.

Cóż konkretnie tak uraziło Najstarszego Radnego, jak sam się niegdyś nazwał, próżno szukać w ów wykwicie elokwencji i asertywności prawej strony miejskiej sceny politycznej.

Z pomocą przychodzi jednak Internet, gdzie znajdujemy:

Podczas czerwcowej konferencji na temat przyszłości legnickiego lotniska prezes Strefy Aktywności Gospodarczej Zbigniew Czechowski zwrócił się do radnego PiS: „Pan radny Wierzbicki, ja się bardzo cieszę, że widział dwa pasy startowe na lotnisku. Jak ja bym wypił to samo co pan wczoraj, to też bym widział dwa. Jest jeden. Niech pan Wierzbicki wytrzeźwieje i mówi prawdę. Jest jeden pas startowy, betonowy”.
(lca.pl, 14.07.2010)

a jakiś czas wcześniej deklarację samego znieważonego:

Do tej pory nie mogę zrozumieć, co mu strzeliło do głowy. Przecież każdy, kto choć trochę mnie zna, to wie, że ja w ogóle nie piję alkoholu
(lca.pl, 29.06.2010)

Mimo, iż nie darzę sympatią ani prawicowców z “wielkiej polityki”, ani tych ze sceny samorządowej, muszę tu przytaknąć odtrącającym od czci i wiary prezesa Czechowskiego - zarzut istotnie, sformułował prezes Czechowski bardzo ordynarnie.

Nie wnikając w to, co pija, czy czego nie pija radny Wierzbicki, wypada przecież wiedzieć człowiekowi inteligentnemu, wysoko postawionemu, że samo już snucie wizji latania z łąki przy al. Rzeczypospolitej, bez względu na ilość widzianych pasów startowych, ma więcej wspólnego nie tyle z nietrzeźwością rozumianą dosłownie, co z brakiem trzeźwości umysłu, czy trzeźwego spojrzenia na teren, który senso stricto lotniskiem przestał być 15 września 1993 r. Zakładając oczywiście, że w tak bogo, a jeszcze bardziej klerobojnym państwie papieże mogą lądować wszędzie i startować zewsząd (teraz i zawsze).

Tymczasem mało subtelny dobór słów, sprawił, iż radny Wierzbicki doznał na tyle poważnych szkód moralnych, że o ich rekompensatę grzmi sama rada miejska.

Co, jeśli trauma jest na tyle silna, że radny wycofa się z dalszego udziału w miejskim życiu politycznym?

Czy nas, podatników, widzów Dami, słuchaczy Plusa, czytelników Wrocławskiej w nowej kadencji czeka śmierć z nudów?

Zrób użytek z hobby

Młodzieńcze, nawet najbardziej zdumiewające zainteresowania, można później połączyć z pracą. Spotyka się pogląd, że to wręcz optymalne dla jakości przyszłego życia. Wydaje się, że łatwiej osiągnąć taki cel, dysponując namacalnymi dowodami tak na zainteresowania, jak i ich możliwość wykorzystania go w praktyce zawodowej.

Dziś na blogu przykład tego, jak grupa bliskich mnie osób zyskała potwierdzenie na piśmie tego, co lubi i potrafi od dawna.

W ostatnich dniach Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne przeprowadzało pomiary potoków pasażerskich na wybranych przystankach w naszym niewiele ponad stutysięcznym mieście. Na zlecenie Urzędu Miasta przeliczano pasażerów w miejscach, w których wstępnie założono umieszczenie elektronicznych tablic z rozkładem jazdy, działających w oparciu o satelitarną lokalizację autobusów. Od udowodnienia, że w takich, a nie innych miejscach korzysta z usług MPK sensowna liczba pasażerów zależy, czy marszałek województwa dolnośląskiego przydzieli Legnicy pieniądze na te urządzenia z unijnego Regionalnego Programu Operacyjnego.

W przeprowadzenie badań włączyli się członkowie założonego i kierowanego przeze mnie Towarzystwa Miłośników Komunikacji Miejskiej. Wcześniej nie raz liczyliśmy pasażerów na potrzeby amatorskich projektów zmieniania ułamka świata - w postaci legnickiej komunikacji - na lepsze. W miniony wtorek przyszedł czas na pierwszą oficjalną akcję tego typu. Kooperacja z pracownikami administracyjnymi MPK wyszła z naszej inicjatywy, która zyskała aprobatę dyrekcji miejskiej firmy.

Elektroniczne rozkłady powinny służą z reguły korzystającym z komunikacji sporadycznie. Takim, którzy nie sprawdzają wcześniej godzin odjazdów w Internecie, tylko trafiają na przystanek i czekają na to, “co pierwsze podjedzie” w interesującym ich kierunku. Z tej przyczyny brane są pod uwagę lokalizacje przy ul. Pocztowej - w zasięgu dworców PKP i PKS oraz pętli busów, czy placu Słowiańskim - przy nim Urząd Miasta, Starostwo Powiatowe, delegatura wojewody, banki.

fot. MZK Zielona Góra
(fot. MZK Zielona Góra)
Pod naszą obserwacją, między 14:00 a 18:00, a więc w godzinach szczytu, znalazły się zaś przystanki przy przychodniach:

  • nieopodal Zakładu Opieki Zdrowotnej przy ul. Chojnowskiej,
  • przed wejściem do Szpitala Wojewódzkiego przy ul. Iwaszkiewicza.

Sześcioosobowa, wliczając w ją mnie, grupa skrupulatnie notowała każdego przekraczającego drzwi autobusów oraz ilość osób przebywających w pojeździe w momencie odjazdu. Łatwo nie było, szczególnie przy szpitalu, ale efekt końcowy był zadowalający. Nie tylko nie przeoczyliśmy żadnego pasażera, lecz nawet uniknęliśmy (choć było to dozwolone) wpisywania w jednej z rubryk danych szacunkowych. Twierdzę, że to spory sukces w takiej pracy - uzyskaliśmy wyniki pierwszej jakości. To było możliwe nie tylko dzięki znajomości “tematu”, ale przede wszystkim sporym zaangażowaniu włożonym w powierzone zadanie. Jak przystało na pasjonatów, inaczej być nie mogło. Nie dziwi, że wiele firm stawia na ludzi z pasją.

Cieszymy się, że obdarzeni zaufaniem przez publiczne przedsiębiorstwo, mogliśmy udowodnić, że stosunki hobbyści komunikacji - przewoźnik w naszym mieście nie ograniczają się wyłącznie do biernego oczekiwania na różne bonusy od firmy. Pokazaliśmy, że współpraca to zależność dwukierunkowa, że na nasze Towarzystwo można liczyć.

Efekty wytężonej pracy, ciasno wypełnione arkusze, trafiły do firmy zaraz po zakończeniu spisu. Pracy, jak popularnie się mówi, “społecznej”. My jednak nie używamy tego określenia. W zamian, u dyspozytora czekały na nas zaświadczenia potwierdzające udział w przeprowadzaniu pomiarów. Uzgodnione wcześniej z TMKM, bez problemu zaakceptowane przez MPK. Cóż, słusznie mówią, że w przyrodzie nie ma niczego za darmo ;-)

Nie muszę przekonywać zorientowanych w realiach współczesnych rekrutacji do jakiegokolwiek zajęcia zarobkowego, jaki może być pożytek z wykorzystania tego dokumentu jako referencji.

Nieprzekonanym zaś polecam Google i hasło “badanie potoku podróżnych”.
Czy nadal wątpicie, że nasza zaradna ekipa zrobi z ów doświadczenia użytek? :-)

Sądzę, że w ogólnym rozrachunku, nie mierzonym w złotówkach, zyskaliśmy na tym przedsięwzięciu więcej, niż przedstawiciel Przewoźnika. Nie chodzi tu tylko o referencje. Poprawa ogólnych stosunków naszego Towarzystwa z przewoźnikiem, współpraca przy ważnym dla miasta przedsięwzięciu (badania to część procesu pozyskania przez Legnicę pieniędzy z funduszy unijnych na transport), czy integracja grupy poprzez wspólną pracę to tylko niektóre zalety, dla których warto było poświęcić cztery godziny wtorkowego, niemiłosiernie upalnego popołudnia.

Na temat każdego z tych punktów możnaby pisać i pisać… Szkoda jednak czasu. Lepiej poświęcić go na hobby, jeśli ktoś woli, pracę… Albo za razem na jedno i drugie. Czego sobie i Wam życzę.